Tuesday, September 18, 2007

Agentura podstawą transformacji


Agentura podstawą transformacji
Nasz Dziennik, 2007-09-18
"Twarze i plecy: o sieci biznesowej Zygmunta Solorza" - wykład na ten temat wygłosił prof. Andrzej Zybertowicz na XII Ogólnopolskim Zjeździe Socjologicznym w Zielonej Górze, podtrzymując tezę, że Solorz był agentem wywiadu cywilnego. - Nasze przedsięwzięcie to propozycja badań działań zakulisowych. Ile osób czytało raport z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych? Jest tam napisane we wstępie, że tajne służby posiadały około 2 tys. informatorów w strukturach państwa, a ponad 10 tys. na terenie całego kraju - powiedział prof. Andrzej Zybertowicz.

Na początku wystąpienia prof. Andrzej Zybertowicz odniósł się do sądowego zakazu wypowiadania się o Zygmuncie Solorzu. - Jeśli chodzi o decyzję sądu zakazującą mi wypowiadania pewnych rzeczy na temat pana Zygmunta Solorza, to ani do mnie, ani do mojego adwokata, mecenasa Wojciecha Błaszczyka, nie dotarła ona do dnia dzisiejszego. Jak mnie poinformował mecenas, wykładnia jest taka, że decyzja staje się skuteczna w momencie poprawnego doręczenia - powiedział.
Profesor Andrzej Zybertowicz nie ma wątpliwości, że dużą rolę w polskiej transformacji ustrojowej odgrywały tajne służby: Wojskowe Służby Informacyjne oraz Służba Bezpieczeństwa. W swoim wykładzie uczony wskazał na taką genezę karier biznesmenów III Rzeczypospolitej, w tym Zygmunta Solorza, współtwórcy Polsatu. - Wśród polsatowskich współpracowników Solorza byli m.in. agenci wywiadu wojskowego: Andrzej Majkowski i Piotr Nurowski - mówił Zybertowicz w swoim referacie naukowym.
Jego zdaniem, różne wielkie przedsięwzięcia finansowe mogły odnieść sukces tylko dzięki istnieniu pewnego układu. - W wypadku Polski możemy mówić o układzie przez duże "U". Jego cechą charakterystyczną jest obejmowanie przez niego samego rdzenia państwowości. Towarzyszy mu: skrytość, trwałość, elastyczność i skuteczność. Układ potrafi kontrolować lub tworzyć monopol w jakimś środowisku. Afera "Żelazo" lub FOZZ jest namacalnym dowodem jego istnienia - stwierdził profesor. Jak oznajmił, na przełomie lat 80. i 90. szczególnie naszpikowane agenturą były Centrale Handlu Zagranicznego. - Na tym gruncie wypłynęła spółka Polimar, będąca ogniwem strukturalnej przemocy gospodarczej. Z nią właśnie zawarł kontrakt Zygmunt Solorz, który sam wcześniej był agentem wywiadu cywilnego. Moja hipoteza jest następująca: bez funkcjonowania w środowisku związanym z tajnymi służbami nie osiągnąłby on swojego sukcesu. Rzecz charakterystyczna, iż w swoim czasie przed upadkiem Polsatu ochroniły go Centrale Handlu Zagranicznego, m.in.: Impexmetal i Elektrim. Przystąpiły one do nieuzasadnionego wykupu jego akcji. W efekcie Polimar stał się właścicielem Polsatu - oznajmił profesor.
Na zakończenie zaprezentował on program komputerowy służący do graficznego przedstawienia powiązań sieciowych. - Okazało się, że nadrzędnym organizmem, który miał największą ilość relacji z różnymi spółkami, także należącymi do Zygmunta Solorza, były Wojskowe Służby Informacyjne - konkludował Zybertowicz. Zdementował jednocześnie informacje "Rzeczpospolitej", jakoby w interesy Solorza mógł być zamieszany Józef Oleksy.

Jacek Dytkowski, Zielona Góra

Monday, September 3, 2007

Antynarodowa publicystyka by Prof. Jerzy Robert Nowak


Antynarodowa publicystyka by Prof. Jerzy Robert Nowak
Nasz Dziennik, 2007-09-03
Tygodnik "Wprost" przez kilkanaście lat po 1989 r. zajmował bezapelacyjnie pierwsze miejsce wśród popularnych tygodników w podważaniu polskości i patriotyzmu. Autorzy "Wprost" nigdy nie przeprosili swych czytelników nawet za najgorsze pomówienia na temat Polaków, a w szczególności wielkich postaci naszej historii. Strategia przyjęta wobec naszych bohaterów narodowych polegała na ograniczaniu do minimum informacji na temat ich sukcesów, a wyolbrzymianiu tych - skądinąd mało istotnych - na temat negatywnych cech ich charakteru czy niepowodzeń, nie mówiąc już o przypadkach ewidentnego zakłamywania historii, zwłaszcza najnowszej.

Przykłady manipulowania wizerunkiem zasłużonych dla Ojczyzny Polaków można już było znaleźć w rocznikach z lat 90. (np. atak na Kościuszkę w grudniu 1995 r.). Jednak prawdziwe apogeum kampanii zniesławień naszych bohaterów narodowych przypadło na ostatnie lata, począwszy od stycznia 2003 roku. Może jedynie zdumiewać rozmach, z jakim "Wprost" zabrało się za ich oczernianie, rozpoczynając chronologicznie od pierwszego wielkiego króla Polski - Bolesława Chrobrego.
Na tym tle nie mniejszym zdumieniem napełnia dające się zauważyć w ostatnim czasie wyraźne "przysuwanie się" tygodnika "Wprost" do prawicy zapewne ze względów koniunkturalnych. Nagle bowiem zaczęto pisać na łamach "Wprost" o znaczeniu interesów narodowych i potrzebie ich obrony, zaczęto przyznawać, że w Polsce jest dużo mniejsze zagrożenie antysemityzmem i nacjonalizmem niż w Europie Zachodniej. Nagle zaczęto publikować alarmujące teksty w sprawie nieuczciwej polityki Niemiec wobec Polski (artykuły prof. Z. Krasnodębskiego, K. Grzybowskiej i in.). Doszło nawet do tego, że 29 sierpnia 2004 r. na łamach "Wprost" opublikowano artykuł pt. "Liga obrony honoru" Rafała Geremka i Pawła Ruska, głoszący już w podtytule: "Obrona czci własnego narodu to powinność i honor". Stwierdzenie bardzo cenne i godne pochwały, ale przecież tę "cześć własnego narodu" należało przez kilkanaście lat bronić w pierwszym rzędzie przed różnymi antynarodowymi autorami z "Wprost".

"Bolesław Chrobry" - "awanturnik"
Nauczyciel gimnazjalny, a później także publicysta Jan Wróbel wystąpił na łamach "Wprost" z 4 maja 2003 r. z próbą negatywnego "odbrązowienia" postaci Bolesława Chrobrego. Krytykując jego kult jako tego, który "bił sąsiadów", Wróbel pisał: "Kiedyś należało widzieć w słowach niemieckiego kronikarza Thietmara o "pysze" Bolesława przejaw germańskiego zakłamania. Dziś wszakże wypada je potraktować jako trzeźwą ocenę sytuacji. Przecież Bolesław wdał się w niekończące się wojny z cesarzem niemieckim. (...) Sojusz Polski z cesarstwem był warunkiem pomyślności państwa Piastów, czego Bolesław zdawał się nie rozumieć. Tymczasem polscy dziejopisowi, począwszy od Gala Anonima, sławią awanturnika".
Dziś dla różnych pseudo-Europejczyków Niemcy - najpotężniejsze państwo w Unii Europejskiej - są rzekomo naszym najlepszym "adwokatem" (faktycznie są naszym "prokuratorem"). Zgodnie z taką tezą odpowiednio próbuje się przerabiać i zafałszowywać historię. Bolesław Chrobry śmiał przed stuleciami walczyć przeciwko Niemcom, a nawet ich zwyciężać, a więc był "awanturnikiem"! Ba, Chrobry zdawał się nie rozumieć, że sojusz Polski z cesarzem był jakoby "warunkiem pomyślności państwa Piastów". Tyle że cesarz Niemiec wcale nie chciał z Polską zawiązywać sojuszu. On chciał wyłącznie naszego hołdowniczego uzależnienia od Niemiec i dlatego wszczynał kolejne najeźdźcze wojny z Polakami. Dodajmy, że początkiem zakłóceń wzajemnych stosunków polsko-niemieckich był zorganizowany na Bolesława zdradziecki zamach w Merseburgu po spotkaniu z cesarzem Henrykiem. Orszak Chrobrego ograbiono, a on sam zaledwie uszedł z życiem tylko dzięki pomocy zaprzyjaźnionego niemieckiego margrabiego Guscelina.
Bolesław Chrobry, przedstawiony przez autora "Wprost" jako rzekomy awanturnik, zyskał w prawdziwie naukowej, obszernej biografii profesora Stanisława Zakrzewskiego następującą ocenę: "Chrobry był jednak zanadto trzeźwym politykiem i umiał w stosunkach zewnętrznych stosować zasadę kompromisu, nie stawiał przeto na kartę niczego tam, gdzie go mogła spotkać katastrofa".
Z kolei tak sceptyczny skądinąd wobec romantycznych wizji i mało skory do entuzjastycznych pochwał stańczyk profesor Michał Bobrzyński pisał o Chrobrym z wyjątkową emfazą, wysławiając jego "świetnie umyślone" urządzenie państwa: "Objąwszy dziedzictwo, objął jednak mądrą politykę ojca, a siłą swego geniuszu nieskończenie ją podniósł i niedościgłe jej zakreślił granice i cele". Współczesny historyk profesor Jerzy Strzelczyk akcentował w wydanej w 1999 r. monografii zasługę Chrobrego jako tego, który zespolił wszystkie podległe mu ziemie w jeden organizm polityczny "przede wszystkim przez nadanie mu jednolitej struktury wewnętrznej (...)". Zrobił to "awanturnik" Chrobry! Profesor Strzelczyk wychwalał "ogromny wysiłek organizacyjny" Chrobrego przy budowie i umacnianiu grodów.
Warto wspomnieć również o ogromnej przenikliwości politycznej Chrobrego, która pozwoliła mu na znakomite wykorzystanie swoistych "pięciu minut" dziejowych dla Polski. Myślę tu o wykorzystaniu przez Chrobrego krótkotrwałego panowania wyjątkowo przychylnego Polsce cesarza Ottona III dla zdobycia dzięki niemu polskiej niezależności kościelnej od Magdeburga. Miało to ogromne znaczenie dla Polski. Przypomnijmy, że Czechy, od których przyjęliśmy chrzest, na próżno aż 344 lata starały się, zanim uzyskały wreszcie dla siebie niezależność kościelną od Niemiec (w 1344 roku). Chrobry zapewnił ją Polsce już w sławnym 1000 roku.
Nieodżałowany Paweł Jasienica pisał: "(...) już w wieku XI pamięć o Bolesławie Wielkim zaliczała się do czynników jednoczących naród i państwo. (...) Epoka Bolesława Chrobrego zostawiła narodowi w spadku poczucie własnej wartości".
Podważając w niedopuszczalny sposób wartość i postać wielkiego króla, J. Wróbel faktycznie upowszechniał idee narodowego nihilizmu i masochizmu. Postać Chrobrego była przedstawiana w fałszywym świetle również przez szereg innych "odbrązawiaczy" (m.in. Stanisława Stommę z postkomunistycznej "Polityki" oraz Wojciecha Kalickiego i Pawła Wrońskiego z "Gazety Wyborczej").

Polscy hetmani jako "okrutnicy", "mordercy", "słabeusze"...
W styczniu 2003 r. na łamach "Wprost" zabrano się za próbę totalnego "odbrązowienia" i... zdyskredytowania postaci najbardziej bohaterskich polskich hetmanów - Stefana Czarnieckiego, Stanisława Żółkiewskiego i Karola Chodkiewicza. Główny atak Michała Górzyńskiego, autora nieznanego szerzej z naukowych dokonań historycznych, poszedł w kierunku jednego z największych polskich bohaterów narodowych - hetmana Stefana Czarnieckiego w tekście pt. "Hetman śmierci" ("Wprost" z 19 stycznia 2003 r.). Autor dołączył również bulwersujący podtytuł: "Bohater naszego hymnu narodowego słynął z mordów, grabieży i chciwości". W obszernym (na dwie i pół kolumny) artykule Górzyńskiego znalazły się zaledwie trzy zdania na temat pozytywnych cech hetmana Czarnieckiego, poświęcone jego sukcesom militarnym. Reszta tekstu prezentuje go jako wyjątkowego okrutnika, który tylko "ślepym wyrokiem losu" uniknął skazania na śmierć za "zbrodnie wojenne". W podrozdziale "Chciwy jak Czarniecki" Górzyński twierdził, że "bogactwo zawdzięczał bezwzględności i pazerności". Kwestionowane były pod pewnymi względami nawet talenty militarne Czarnieckiego. W podrozdziale "Bardziej mężny niż rozważny" pisał o zbytniej brawurze Czarnieckiego, która spowodowała otoczenie jego pułku pod Beresteczkiem. Autor krytykuje go także za dwukrotne szturmowanie Głuchowa w 1663 r. bez gruntownych przygotowań, "co spowodowało wielkie straty". Nawet ciężkie poranienie Czarnieckiego zostało wykorzystane do wyszukania negatywnego kontekstu w charakterystyce hetmana. Pisał, że zainstalowana w jego szczęce metalowa płytka powodowała, iż "hetman pluł się i ślinił". Górzyński próbował również osłabić znaczenie zdecydowanego wystąpienia Czarnieckiego przeciw Szwedom w sytuacji, gdy większość polskich dowódców przeszła na stronę wroga. Górzyński pisał: "W powszechnym mniemaniu Czarniecki natychmiast rzucił się do walki, wspierając króla. W rzeczywistości długo się zastanawiał, czy nie przejść na stronę Karola X Gustawa. Wymieniali nawet poufne listy, ale ostatecznie Czarniecki dokonał wyboru, który zapewnił mu miejsce w narodowym panteonie".
W taki sposób odmalowany czarny portret S. Czarnieckiego był bardzo daleki od prawdy historycznej. Górzyński pominął przeważającą część sukcesów militarnych Czarnieckiego, w tym rozbicie tylnej straży szwedzkiej pod Jarosławiem w 1656 roku, zmuszenie króla szwedzkiego do wycofania się, przejście wpław Pilicy, rozbicie pod Warką 3800 żołnierzy Fryderyka margrabiego badeńskiego, zmuszenie do kapitulacji wojsk siedmiogrodzkiego księcia Rakoczego pod Czarnym Ostrowiem, wielkie sukcesy militarne na pobojowiskach w Danii w 1659 r., pobicie w listopadzie 1661 r. rosyjskiej armii Chowańskiego pod Kusznikami. Dodać należy, że to dzięki sukcesom wojny szarpanej, prowadzonej przez Czarnieckiego na Podkarpaciu, kwarciani opuścili Szwedów i zawiązali konfederację w Tyszowcach. Warto przypomnieć również to, że dużo wcześniej w czasie wyprawy żwanieckiej w 1652 r. właśnie Czarniecki ułatwił układy z chanem dzięki swym stosunkom z Tatarami. To zdanie Czarnieckiego przeważyło w czasie rady wojennej pod Sokalem na rzecz marszu pod Beresteczko, który doprowadził do zwycięstwa armii polskiej nad wojskami Chmielnickiego.
Stawiane przez Górzyńskiego zarzuty okrucieństwa nie uwzględniają realiów krwawej ówczesnej epoki. Pamiętajmy, że Polska padła ofiarą szczególnie bezwzględnych rabunków i rzezi dokonywanych przez wojska szwedzkie, siedmiogrodzką armię Rakoczego i wojska moskiewskie. Jeden z czołowych badaczy XVII w., profesor Władysław Czapliński, odpowiadając na stawiany Czarnieckiemu zarzut chciwości, pisał w Polskim Słowniku Biograficznym: "Trudno mu jednak mieć za złe, że dbał o swój, zresztą mocno nadwyrężony majątek". Warto tu przypomnieć końcowe słowa prof. Czaplińskiego, podsumowujące napisany przez niego życiorys Czarnieckiego w Polskim Słowniku Biograficznym: "W każdym razie z wielkich tego czasu nikt nie umiał tak jak on zapomnieć o sobie i wierzyć w siły narodu".
Wyraźnie widać, że publicystyka Górzyńskiego we "Wprost" reprezentowała skrajnie tendencyjne nastawienie na pomniejszanie opisywanych przezeń wielkich postaci historycznych. Ta tendencyjność uwidacznia się w zamieszczonych przez niego, obok jego tekstu o Czarnieckim, nader uczernionych krótkich życiorysach polskich hetmanów, przedstawionych pod tytułem "Buławy Rzeczypospolitej" ("Wprost" z 19 stycznia 2003 r.). Charakteryzując wielkich hetmanów, Górzyński stara się do minimum ograniczyć informacje o ich sukcesach, tym chętniej za to wplatając do ich charakterystyki informacje o skądinąd mało istotnych negatywnych cechach ich charakteru czy niepowodzeniach.
Oto jak wygląda np. przedstawiony jego piórem ponurawy miniżyciorys bohaterskiego hetmana Stanisława Żółkiewskiego: "Był wątłej budowy i słabego zdrowia. Pod koniec życia umęczony chorobami często opuszczał swoje oddziały. Na jego klęsce pod Cecorą w 1620 r. zaważyła ucieczka żołnierzy, którzy zemścili się w ten sposób za okrutne stłumienie przez hetmana buntu pozbawionych żołdu oddziałów wracających z Moskwy".
Nakreślony przez Górzyńskiego ciemny miniportret S. Żółkiewskiego był po prostu obrazą postaci wielkiego polskiego hetmana. Górzyński cynicznie pominął w swym opisie sukcesy militarne Żółkiewskiego, w tym jego wspaniałe zwycięstwo odniesione 4 lipca 1610 r. w bitwie pod Kłuszynem nad przeważającymi wojskami rosyjskimi. Zwycięstwo Żółkiewskiego otworzyło wojskom polskim drogę do zajęcia Moskwy. Gdy to nastąpiło, Żółkiewski przeprowadził elekcję królewicza Władysława na cara Rosji, co niestety zaprzepaścił jego ojciec Zygmunt III. Według hasła Wielkiej Encyklopedii Powszechnej o Żółkiewskim, był on "wodzem o nieprzeciętnych zdolnościach, dalekowzrocznym politykiem, a także utalentowanym pisarzem. Jego dzieło to było: "Początek i progres wojny moskiewskiej (1612 r.)"" (WEP, Warszawa 1969, t. XII, s. 861-862). Jak z tego widać, w PRL-owskiej encyklopedii potrafiono dużo lepiej docenić zasługi wielkiego hetmana niż w tekście "Wprost" w 2003 roku (!).
Z nakreślonego przez Górzyńskiego życiorysu innego wielkiego hetmana polskiego Stanisława Koniecpolskiego nie dowiemy się dosłownie niczego o jego zwycięstwach, które zapewniły mu taką sławę w owych czasach, choćby o militarnych triumfach pod Hamersztynem i Trzcianą, Sasowym Rogiem i Ochmatowem. Czytamy za to swego rodzaju składankę z uwag negatywnych: "Miał gwałtowny charakter, potrafił za małe uchybienie zbesztać podwładnych. W bitewnym stresie zaczynał się jąkać.
Pisano o nim, że "pierwej na wroga uderzy, niż rozkaz wypowie". Zmarł prawdopodobnie w wyniku przedawkowania afrodyzjaku". Jak określić tak "wybiórczo" opracowany przez Górzyńskiego pseudożyciorys hetmana Koniecpolskiego?
O Janie Karolu Chodkiewiczu czytamy u Górzyńskiego wyłącznie: "Zwyciężył Szwedów pod Kircholmem, walczył też z Rosjanami, dochodząc aż pod Moskwę. Znany był z ataków wściekłości, które miały podłoże epileptyczne".
Na koniec kolejna "perełka" w wykonaniu "superbiografa" - "życiorys" Jana III Sobieskiego: "Zwyciężył Turków pod Chocimiem w 1673 r. i pod Wiedniem w 1683 r. Niekiedy jednak geniusz wojenny go zawodził. Tak było w wypadku pierwszej bitwy pod Parkanami, kiedy został zmuszony do panicznej ucieczki, oraz podczas nieudanych wypraw do Mołdawii".
Miniżyciorysy hetmanów polskich w wykonaniu Górzyńskiego skupiały się - jak widać - na maksymalnym "szukaniu dziury w całym", co było szczególnie widoczne w zacierających pamięć o jakichkolwiek zasługach "życiorysach" S. Żółkiewskiego i S. Koniecpolskiego czy w skrajnie zubożonym "życiorysie" S. Czarnieckiego. Czy takie oszczercze "wyczyny" pseudonaukowe Michała Górzyńskiego (według "Wprost" - "historyka i publicysty, specjalizującego się w dziejach siedemnastowiecznej Polski") nie powinny spotkać się z reakcją jego naukowych zwierzchników? Przypomnijmy, że Ratajczaka usunięto z opolskiej uczelni tylko za niefortunne zacytowanie kilku zdań podważających holokaust. Dlaczego natomiast uchodzi bezkarnie pisanie tekstów świadomie i cynicznie zniesławiających wielkie postacie polskiej historii, gruntownie fałszujących ich rysy biograficzne?

Ksiądz Augustyn Kordecki jako... "zdrajca"
Parę miesięcy po tekście na temat hetmana S. Czarnieckiego Górzyński "zabłysnął" na łamach "Wprost" tekstem atakującym ks. Augustyna Kordeckiego pod jakże wymownym tytułem "Ciemna strona Jasnej Góry" ("Wprost" z 23 marca 2003 r.). Główną myślą przewodnią tekstu było usilne pomniejszanie znaczenia obrony Jasnej Góry w 1655 r. i roli przeora paulinów - bohaterskiego księdza Augustyna Kordeckiego. Według Górzyńskiego: "Szwedzi raczej blokowali klasztor, niż go atakowali. Przez cały czas trwały rozmowy między stronami. Przeor jasnogórskich paulinów, ks. Augustyn Kordecki, złożył nawet akt poddańczy, w którym wyrzekał się Jana Kazimierza i oddawał pod opiekę króla szwedzkiego. W tajemnicy przygotowywano się do kapitulacji. Okazało się również, że część klasztornej załogi próbowała podnieść bunt. Te nastroje spacyfikowano, podwajając żołd. Szwedzi jednak, dla których oblężenie oznaczało wiązanie sił tak potrzebnych w innych miejscach (...) postanowili odejść".
Parę lat później na łamach "Wprost" ukazał się tekst Cezarego Gmyza "Cudowne zmyślenie", jeszcze bardziej pomniejszający znaczenie obrony klasztoru na Jasnej Górze ("Wprost" nr 40 z 2005 r.). Gmyz, dziennikarz który był swego rodzaju "specjalistą od wszystkiego", wystąpił w roli "autorytetu" odbrązawiającego historię obrony klasztoru na Jasnej Górze. Obok tytułu swego artykułu Gmyz w specjalnej ramce uwypuklił jego główne przesłanie: "Bohaterska obrona Jasnej Góry przed potopem szwedzkim to bujda na resorach". Gmyz pisał z emfazą: "Obrona częstochowskiej twierdzy jest jednym z najbardziej utrwalonych obrazów w świadomości historycznej Polaków. Głównie za sprawą "Potopu" Henryka Sienkiewicza. Niestety, autor piszący ku pokrzepieniu serc, stworzył mit nie mający nic wspólnego z prawdą. Współtwórcą jasnogórskiej mistyfikacji był sam przeor klasztoru Augustyn Kordecki. Sienkiewicz oparł się bowiem na opisie obrony Jasnej Góry sporządzonym przez przeora. Sęk w tym, że jego relacji nie można traktować jako źródła historycznego, gdyż Kordecki zmyślał jak najęty (...). Nastroje w obleganym klasztorze dalekie były od atmosfery opisywanej przez Sienkiewicza. Dość powiedzieć, że 26 listopada załoga (w tym część paulinów) Jasnej Góry zbuntowała się przeciw przeorowi. Kordecki po prostu podwoił żołd (...). Z czasem obrona Jasnej Góry urosła do pierwszoplanowego wydarzenia w czasie wojny polsko-szwedzkiej. W rzeczywistości jej znaczenie było znikome. (...) Oblężenie składało się jedynie z niewielkich potyczek i przede wszystkim z przeciągających się negocjacji. Ostatecznie oblegający odstąpili od murów klasztoru w nocy z 26 na 27 grudnia. (...) Obrońcy potraktowali zresztą zwijanie obozu jako przygotowanie do ostatecznego szturmu i część z nich ponownie chciała poddać klasztor. (...) Obrona klasztoru nie miała w istocie wielkiego znaczenia dla przebiegu wojny polsko-szwedzkiej (...) obrona Częstochowy była zaledwie potyczką".

Prawda historyczna o obronie Jasnej Góry
Spróbujmy teraz pokazać, jak wyglądała prawda historyczna o obronie Jasnej Góry. Zmyśleniom publicystów-odbrązawiaczy chciałbym przeciwstawić oceny prawdziwie wybitnych badaczy historycznych od końca XIX wieku po dziś dzień. Przypomnijmy najpierw, co pisał na ten temat jeden z czołowych polskich historyków XIX-wiecznych Ludwik Kubala w tak podstawowym dziele jak "Wojna szwedzka". Wyniki historycznych badań Kubali dotyczących obrony Jasnej Góry najlepiej wyraża konkluzja: "Manifesty wojska i szlachty podawały między innymi powodami powstania przeciw Szwedom oblężenie Częstochowy, ale dla włościan i drobnego mieszczaństwa był to powód najważniejszy. (...) Szwedzi powstrzymani w swym triumfalnym pochodzie przez jeden nikły klasztor ponieśli moralną klęskę. Wiara w ich nieprzezwyciężoną potęgę została zachwiana. (...) Odważni zakonnicy i wielki przeor napędzili przykładem swoim do walki za ojczyznę szlachtę (...)" (por. L. Kubala, "Wojna szwedzka w roku 1655 i 1656", Lwów 1913, s. 181-182).
Profesor Michał Bobrzyński, stańczyk, znany z bardzo sceptycznego podejścia do wszelkiego nadmiernego patosu, upiększania i heroizowania dziejów, w przypadku obrony Jasnej Góry przez ks. Kordeckiego nie miał najmniejszych wątpliwości co do jej bardzo dużej roli w polskich dziejach XVII wieku. Pisał: "Wówczas zbudziły się dopiero w narodzie zdrowsze i do reszty nie zepsute instynkty, budziło się poczucie godności narodowej (...). Pierwszym objawem tego odrodzenia umysłu i serca w polskim narodzie była też w 1655 r. bohaterska obrona wsławionego jako miejsca pielgrzymek klasztoru ojców paulinów w Częstochowie pod kierunkiem Stefana Zamoyskiego i dzielnego przeora Augustyna Kordeckiego. Cudowny prawie opór, jaki stawiła drobna, ale wielkim duchem zagrzana załoga, zmusił generała szwedzkiego Müllera do ustąpienia po pięciotygodniowym oblężeniu i wielu heroicznie ponawianych szturmach. Jeden ten fakt wstrząsnął do głębi zgnuśniałym narodem" (cyt. za M. Bobrzyński, "Dzieje Polski w zarysie", Warszawa 1974, s. 35).
Jeden z największych historyków polskich profesor Władysław Konopczyński, znakomity znawca dziejów Polski XVII i XVIII wieku, tak pisał w swych "Dziejach Polski Nowożytnej": "Ale najczystsze, najdonioślejsze hasło do walki dała całemu narodowi Jasna Góra. Dzielny, natchniony przeor paulinów, Augustyn Kordecki, z pomocą paruset mnichów, żołnierzy i szlachty, wytrzymał w tym "Kurniku" czterdziestodniowe oblężenie (19 listopada - 27 grudnia), aż zmusił generała Burcharda Müllera do sromotnego odwrotu. Wieści o zamachu na Świątynię częstochowską i o jej cudownej obronie przebiegły kraj jak ogniste wici, nęcąc wszędzie pragnienie zemsty i wiarę we własne siły. (...) Raz udało się wyjść z topieli - duch Czarnieckich i Kordeckich przydusił w Polsce ducha Radziejowskich i Radziwiłłów (...)" (W. Konopczyński, "Dzieje Polski Nowożytnej", Warszawa 1986, t. II, s. 19, 31).
Wielkie znaczenie obrony Jasnej Góry akcentował również szereg wybitnych historyków polskich. Profesor Józef Andrzej Gierowski, rektor UJ w latach 1981-1987, w swojej "Historii Polski 1505-1864" (część I, Warszawa 1978, s. 327) stwierdza wprost: "Niemało przyczyniła się do rozbudzenia zapału do walki udana obrona ufortyfikowanego silnie za panowania Władysława IV klasztoru jasnogórskiego". Profesor Gierowski stwierdził również (s. 328), że wysuwane przez różnych autorów uściślenia tłumaczą wprawdzie lepiej przyczyny, dla których Jasna Góra zdołała przetrwać sześciotygodniowe oblężenie, wbrew jednak najbardziej skrajnemu stanowisku zajętemu przez Olgierda Górkę, nie pomniejszają znaczenia samej obrony. Pod kierownictwem Kordeckiego powiodło się niewielkiej załodze, złożonej z kilkuset żołnierzy, chłopów, mieszczan i szlachty, przetrzymać napór szwedzki do momentu, kiedy w obawie przed nadchodzącą odsieczą ze strony oddziałów chłopskich nieprzyjaciel musiał uchodzić".
Jakże pięknie i celnie pisał o ks. A. Kordeckim najwybitniejszy znawca historii Polski w XVII wieku - profesor Władysław Czapliński w swym "Głosie do Trylogii" (Wrocław 1974, s. 113) "Był to człowiek głęboko religijny, równocześnie jednak trzeźwy, praktyczny, giętki i odważny, o nieprzeciętnych zdolnościach administracyjnych. Natomiast historyk szwedzki Theor Westrin tak charakteryzował tę postać: "to niezwykła mieszanina gorącej wiary (...), wyrachowania, praktycznej siły w działaniu i męstwa".
Istotnie trzeba było męstwa, by w chwili, kiedy zdawało się, że cała Polska uznała już Szweda królem, zdecydować się na stawianie oporu jego wojskom, trzeba było siły charakteru, zdolności przekonywania, by skłonić otoczenie, szlachtę i mnichów do zaakceptowania tej postawy, co więcej - do wytrwania przy tej decyzji w chwili, kiedy oblężenie zaczęło się przeciągać. Było to zaś tym trudniejsze, że Szwedzi, którym bardzo zależało, by nie odchodzić z próżnymi rękami spod Jasnej Góry, godzili się na daleko idące ustępstwa, domagając się przyjęcia niewielkiej załogi (150 osób), co do której zapewnili, że nie będzie nawet kwaterować w domach klasztoru".
Zarówno M. Górzyński, jak i C. Gmyz, aby podważyć rangę ks. A. Kordeckiego, powołują się na jego list do generała Müllera, wyrażający gotowość uznania zwierzchnictwa króla szwedzkiego. Nie jest to żadne nowe odkrycie, list ten bowiem był dobrze znany już wcześniej historykom, choćby L. Kubali (por. jego "Wojnę szwedzką", Lwów 1913, s. 419-421). Tylko że Kubala traktował ten list jako jeden ze środków rozpaczliwej obrony ks. Kordeckiego przed wejściem wojsk szwedzkich za mury Jasnej Góry. L. Kubala pisał (op. cit., s. 421): "To były środki obronne. Bronił się armatami i takimi listami, wzywając jednocześnie Jasnogórców do walki za wiarę i Ojczyznę i prawowitego króla".
Przypomnijmy, że w czasie wysłania tego listu ks. Kordeckiego do gen. Müllera - 21 listopada 1655 r., przeważająca część Polski znajdowała się pod kontrolą Karola Gustawa. W tej sytuacji ks. Kordecki próbował manewrować i grać na czas. Przyznawał to nawet znany marksistowski badacz dziejów XVII wieku Adam Kersten, skądinąd nader skłonny do maksymalnego odbrązawiania siedemnastowiecznych dziejów "metodą materialistyczną". Zdaniem Kerstena: "(...) motywy wysłania wiernopoddańczego pisma do Müllera są dość przejrzyste i nie mają nic wspólnego z rzeczywistym stosunkiem zakonników do oblegających. W ogóle nie przywiązywałbym większego znaczenia do tonu listu. Celem Kordeckiego było niedopuszczenie za wszelką cenę do tego, aby załoga składająca się z cudzoziemskich żołnierzy i oficerów wkroczyła w mury klasztoru. List był częścią tej ceny, jaką zewnętrznie zdecydował się on zapłacić za pozostawienie w spokoju klasztoru jasnogórskiego.
Ksiądz Kordecki, deklarując gotowość akceptacji zwierzchnictwa Karola Gustawa, równocześnie robił wszystko dla umocnienia klasztoru i jak najlepszego przygotowania go do dalszej obrony oraz potajemnie zabiegał o pomoc króla Jana Kazimierza i Stefana Czarnieckiego. Dążąc do jak najskuteczniejszego zrealizowania swego głównego celu - ochronienia klasztoru przed wejściem Szwedów - ks. Kordecki walczył i prowadził układy, umacniał obronę klasztoru i zwodził Szwedów obietnicami ustępstw w układach, starając się wciąż o "ociąganie sprawy" z nadzieją, że "sama zimowa pora osłabi nieprzyjaciela albo też nadejdzie pomoc od króla Jana Kazimierza"". Tak właśnie oceniał to profesor Adam Kersten w biogramie ks. Kordeckiego ("Polski Słownik Biograficzny", t. XIV, s. 54).
Podsumowując te uwagi o ks. Kordeckim, wbrew próbującym go pomniejszyć autorom z "Wprost" myślę, że warto docenić jego nieprzeciętną osobowość, stanowiącą piękny wzorzec na obecne czasy. Ksiądz Kordecki był postacią, która łączyła gorący heroiczny patriotyzm z wielkim realizmem, trzeźwością i racjonalizmem. Był człowiekiem wielkiej odwagi, ale umiał znakomicie łączyć tę odwagę z maksymalną roztropnością i mierzeniem zamiarów na siły. Twardo chodził po ziemi, doskonale przygotowywał się do każdej sprawy, nie znosił pospiesznej improwizacji. W polskiej historii, gdzie mieliśmy taki nadmiar specjalistów od nieprzygotowanych porywów i szarż, ks. Kordecki jawi się jako jeden z nieczęstych symboli rozumnego, konsekwentnego, dobrze przygotowanego czynu, opartego na trzeźwym rachunku sił. Ludwik Kubala wspomniał uwagi zaprzyjaźnionego z ks. Kordeckim wojewody pomorskiego, który akcentował, jak wiele obrona Jasnej Góry zawdzięczała "jedynie" czujności i zabiegom ks. Kordeckiego: "On wszystko do obrony przygotował, pozycje dla armat i stanowiska załodze naznaczył, szopy pod murami z ziemią zrównał, robotników i straże nocami doglądał, żołnierzy słowem i hojnością zachęcał, szlachcie zniechęconej serca dodawał, a kiedy w końcu strach i zwątpienie poddać się i bramę otworzyć radziły, on się oparł i na swojem postawił". A dziś próbują go pomniejszać mali ludzie!

Tadeusz Kościuszko jako "sprzedawczyk"
Do największych "wyczynów" redakcji "Wprost" w oczernianiu polskiej historii trzeba zaliczyć tekst Dariusza Łukaszewicza z 10 grudnia 1995 roku. Łączył on panegiryczne wychwalanie króla - targowiczanina Stanisława Augusta Poniatowskiego z próbą maksymalnego oszkalowania naczelnika insurekcji 1794 r. Tadeusza Kościuszki. Autor publikacji D. Łukaszewicz przedstawił Kościuszkę jako swego rodzaju "sprzedawczyka", zarzucając mu, że "naczelnik przyjął okrągłą sumkę od cara Pawła w zamian za oświadczenie, że nigdy nie wystąpi przeciw Rosji".
W rzeczywistości Kościuszko złożył carowi powyższe oświadczenie w zamian za uwolnienie paru tysięcy polskich jeńców z Syberii. A otrzymaną od cara sumę odesłał mu w całości po wyjeździe z Rosji, ku ogromnej wściekłości cara. Jest to powszechnie znana prawda o Kościuszce, ale autor "Wprost" wolał wypisywać oszczerstwa o polskim bohaterze narodowym, nieprzekupnym, wzorze bezinteresowności.

Roman Dmowski jako "demagog" i "cynik"
Henryk Grynberg, znany tropiciel "polskiego antysemityzmu" oraz - jak od niedawna wiadomo - współpracownik SB w artykule pt. "Pomnik antysemityzmu" zaatakował wystawienie w Warszawie pomnika Romana Dmowskiego, zamieszczając całą wiązankę pomówień pod adresem jednego z największych polskich myślicieli politycznych XX wieku ("Wprost" z 12 listopada 2006 r.). O Dmowskim, który odegrał tak wielką rolę w Wersalu w walce o zachodnie granice Polski, Grynberg pisał jako o tym, który rzekomo targował się o ograniczenie praw obywatelskich dla polskich Żydów, co było skrajną bzdurą. Nie chodziło bowiem o żadne ograniczenie praw obywatelskich Żydów, lecz o sprzeciw wobec koncepcji zapewnienia im w Polsce takiej autonomii, która uczyniłaby ze środowisk żydowskich swego rodzaju "państwo w państwie".
Szczególnie oburzające były następujące stwierdzenia Grynberga: "Zwolennicy chcą koniecznie nazywać Dmowskiego myślicielem. Pewnie dlatego, że napisał książkę pod tytułem "Myśli nowoczesnego Polaka", tytułem bardzo mylącym, bo to płody zacofanego, prymitywnego umysłu, którego jedyną "nowoczesnością" były demagogia i cynizm".
W rzeczywistości "Myśli nowoczesnego Polaka" były jednym z najostrzejszych, najbardziej gorzkich rozrachunków z polskością, ale rozrachunków "gryzących sercem", pisanych z pozycji człowieka dramatycznie przeżywającego zapóźnienie swego społeczeństwa. Książka Dmowskiego była wielką filipiką przeciw mesjanizmowi i nacjonalizmowi w polityce, zbyt łatwemu uleganiu emocjom. Bezlitośnie krytykował w niej bierność i powierzchowność myślenia rodaków, mętny mistycyzm, skłonność do patetycznych, uczuciowych gestów i zbiorowych lamentów narodowych przy równoczesnym braku wytrwałości i konsekwencji, dyletantyzmie i lenistwie umysłowym. Warto przypomnieć, że nawet b. minister w rządzie T. Mazowieckiego, tak związany z grubokreskową "elitką" Aleksander Hall przyznawał w swoim czasie w związku z "Myślami nowoczesnego Polaka", iż: "Żarliwy patriotyzm Dmowskiego zupełnie wyzbyty był megalomanii narodowej. (...) W istocie marzył [Dmowski - J.R.N.] chyba o tym, żeby Polacy mogli stać się narodem takim, jak inne historyczne narody europejskie, ukształtowane przez kulturę zachodnią: Francuzi czy Anglicy. Pragnąc, by nabyli umiejętność racjonalnego kształtowania polityki narodowej, wyzbyli się zastępowania polityki - poezją" (A. Hall, "Roman Dmowski", "Przegląd katolicki", 8 stycznia 1989 r.).
Grynberg odmawiał rangi myśliciela Dmowskiemu - człowiekowi, na którego dorobek myśli politycznej składał się cały szereg znaczących i wpływowych dzieł, począwszy od pionierskich "Myśli nowoczesnego Polaka" poprzez takie książki, jak "Ugoda czy walka" (1895), "Nasz patriotyzm" (1894), "Koniec legendy" (1905), "La question polonaise" (1909), "Upadek myśli konserwatywnej w Polsce" (1914), aż po wydane już po "wybiciu się Polski na niepodległość" monumentalne dzieło "Polityka polska i odbudowanie państwa".

Profesorowie UJ jako "kolaboranci"
Sławomir Sieradzki w artykule pt. "Instytut kolaboracji", powstałym w oparciu o pracę szerzej nieznanej "badaczki" dr Anety Rybickiej, twierdził, jakoby "Ponad stu polskich naukowców gorliwie współpracowało z hitlerowcami. Żadnego po wojnie nie ukarano" ("Wprost" z 30 marca 2003 r.). Sieradzki oskarżał o kolaborację pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy w czasie wojny pracowali w Krakowie w Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej. Instytut miał na celu m.in. udowadnianie, że "państwo Piastów założyli Wikingowie, a kulturę nad Wisłą zaszczepili Niemcy", akcentowanie wielkiego wpływu języka niemieckiego na język polski etc. Autor z "Wprost" oskarżył pracujących we wspomnianym Instytucie polskich naukowców (m.in. dwóch światowej sławy profesorów - językoznawcę Mieczysława Małeckiego i historyka Władysława Semkowicza, oraz rektora Uniwersytetu Warszawskiego, wybitnego archeologa prof. Włodzimierza Antoniewicza), że faktycznie kolaborowali z Niemcami. Przy okazji S. Sieradzki powołał się na ustalenia niemieckiego historyka Michaela Foedrowityza, który twierdził, że aż sto tysięcy polskich obywateli mogło stale współpracować podczas wojny z nazistami. Sieradzki nazwał ich "małymi Quislingami". Widać było wyraźnie, że tekst S. Sieradzkiego ma służyć podważaniu prawdy o polskim heroizmie w czasie wojny i włączeniu się w nowy nurt oczerniania Polaków, zapoczątkowany przez część osób sprzyjających antypolskim kłamstwom J.T. Grossa.
Piętnujący ponad stu polskich naukowców z UJ za rzekomą kolaborację tekst S. Sieradzkiego we "Wprost" został bardzo szybko uznany za niegodziwe oszczerstwo. 13 kwietnia 2003 r. redakcja "Wprost" była zmuszona do wydrukowania na swych łamach nader ostrego w tonie protestu rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. dr. hab. Franciszka Ziejki, który pisał w swym liście do redakcji "Wprost" m.in.: "(...) Pragnę powiadomić, że sprawa ta była przedmiotem specjalnego wyjaśnienia prowadzonego w 1945 r. przez komisję prawniczą, powołaną przez Senat Akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierowaną przez prof. Fryderyka Zolla oraz przez komisję Ministerstwa Oświaty w Polsce. Wyniki tych wyjaśnień były jednoznaczne. Stwierdzono, że wszystkie osoby wymienione w artykule Sławomira Sieradzkiego zatrudnione były w tymże instytucie za zgodą tajnych władz uniwersytetu oraz polskich władz podziemnych. Obie komisje ustaliły, że nie można postawić tym osobom zarzutu jakiegokolwiek zachowania nie licującego z godnością Polaka. Co więcej, zatrudnienie tych i innych osób będących pracownikami uniwersytetu w Ostinstitut było tylko przykrywką dla rzeczywistej działalności, czyli tajnego nauczania na Uniwersytecie Jagiellońskim. Całą dokumentację tajnego nauczania przechowywano właśnie w tym instytucie. Autor niestety nie zadał sobie trudu, aby zapoznać się z dokumentami znajdującymi się w archiwum UJ oraz publikacjami na ten temat. Oparł się tylko na pracy dr Anety Rybickiej "Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej. Kraków 1940-1945", która ignoruje drugą stronę medalu.
W artykule opublikowanym na łamach "Wprost" zostali wymienieni profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego z imienia i nazwiska, uczeni o nieposzlakowanej opinii, w znakomitej większości dziś nieżyjący. Nie mogą się więc bronić przed potwarzą i w większości nie mają następców prawnych, którzy zadbaliby o ochronę prawną ich reputacji. (...) Naruszone zostało więc także dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego, który zawsze szczycił się - zasadnie - tym, że działał tajnie w czasie okupacji, działał właśnie dzięki tym, którzy zakamuflowani w Ostinstitut prowadzili tajne nauczanie. Tylko dzięki zastosowaniu metody "najciemniej pod latarnią" udało się przetrwać wojnę bez dekonspiracji (...)".
W tym samym numerze "Wprost" ukazał się list protestacyjny Polskiej Akademii Umiejętności skierowany do redaktora naczelnego "Wprost", akcentujący m.in.: "W związku z artykułem Sławomira Sieradzkiego "Instytut kolaboracji" wyrażamy opinię, że dopuścili się panowie karygodnego nadużycia, naruszając etykę dziennikarską i podkopując zaufanie do rzetelnego dziennikarstwa. Naruszyli panowie dobre imię Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Akademii Umiejętności, a także dobra osobiste wielu zasłużonych ludzi, zniesławiając ich, najczęściej pośmiertnie. (...) Końcowe zdanie artykułu powiela po prostu pomówienia wysuwane w stosunku do PAU przez ówczesnych reżimowych dziennikarzy i polityków. Oszczerstwa, na które odpowiedź została już dawno udzielona (...)". List PAU podpisali prezes Polskiej Akademii Umiejętności profesor Andrzej Białas i jej sekretarz generalny profesor Jerzy Wyrozumski.
Protesty przeciwko publikacji Sieradzkiego wciąż się mnożyły. Prorektor UJ do spraw rozwoju prof. Karol Musioł stwierdził w rozmowie z dziennikarzami z "Gazety Wyborczej": "To publikacja niesamowicie brutalna. Wymienieni w tekście profesorowie zostali potraktowani haniebnie. Tym bardziej że tuż po wojnie działały komisje, zarówno uczelniana, jak i państwowa, które oczyściły wymienionych z zarzutów kolaboracji. Wielu polskich pracowników tego instytutu działało w konspiracji" (cyt. za L. Olszański, W. Czuchnowski, "Kolaboracja czy konspiracja", [w:] "Gazeta Wyborcza" z 1 kwietnia 2003 r.).
Warto tu dodać na marginesie, że w przypadku znalezienia jakichkolwiek dowodów kolaboracji uczonych z UJ komunistyczne władze reżimowe chętnie by to nagłośniły. Skorzystałyby wówczas w pierwszych latach po wojnie z okazji do frontalnego uderzenia w czołowych przedstawicieli inteligencji w "głównym gnieździe reakcji", za jakie uważano wówczas Kraków.
Wśród tekstów bardzo ostro protestujących przeciw artykułowi S. Sieradzkiego we "Wprost" był m.in. emerytowany prof. UJ Tadeusz Ulewicz, specjalista od literatury staropolskiej, o którym "Wprost" napisało, że rzekomo kolaborował z Niemcami. W opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" z 1 kwietnia 2003 r. tekście pt. "Bzdura i potwarz" prof. Ulewicz pisał m.in.: "Te publikacje to bzdura i potwarz, tym gorsze, że nikt z autorów ze mną nawet nie próbował rozmawiać. Od 1940 r. należałem do Związku Walki Zbrojnej - a potem do AK, byłem autorem podziemnych publikacji, i prowadziłem tajne nauczanie. Instytut był dla nas, przedstawicieli inteligencji polskiej, źródłem utrzymania. (...) Ta praca stanowiła też świetną przykrywkę dla działalności konspiracyjnej. (...) Na artykuł we "Wprost" nie mam innego określenia jak tylko g...".
12 kwietnia 2003 r. w Polskiej Akademii Umiejętności odbyła się dyskusja nad pracą dr Anety Rybickiej, oskarżającą rozlicznych pracowników UJ o kolaborację z Niemcami. Sama dr Rybicka nie miała odwagi, by przybyć na tę dyskusję. Jeden z czołowych polskich historyków prof. Chwalba, autor "Dziejów Krakowa" obejmujących lata 1939-1945, zarzucił A. Rybickiej "nierzetelność w wykorzystaniu dokumentów". Inny znany historyk - prof. Henryk Buszko, nazwał pracę Rybickiej "paszkwilem na UJ i Polaków". Szczególnie ostro potraktował pracę Rybickiej prof. C. Dybiec, stwierdzając, że "autorka fałszowała źródła, dobierała dokumenty zgodnie ze swoją wolą" (cyt. za: I. Lisiak, O historii, honorze i... opluwaniu. Atak na Uniwersytet Jagielloński. "Nowa Myśl Polska" z 4 maja 2003 r.). Autor szerokiego omówienia dyskusji, jaka rozgorzała wokół sprawy A. Rybickiej i artykułu we "Wprost", Ireneusz Lisiak pisał w konkluzji m.in.: "(...) od jakiegoś czasu mamy do czynienia z atakiem na Polskę i Polaków. (...) Teraz należy Polakom odebrać wiarę w uczciwość ludzi nauki. (...) Tym łatwiej to przychodzi, że większość z nich nie żyje. (...) odebranie Polakom ich dumy z przeszłości, zohydzenie ludzi nauki, pozbawi nas punktu odniesień moralnych. Czy dziwią nas ataki na ludzi nauki, bohaterów ostatniej wojny, na tych ludzi Kościoła, którzy usiłują zachować w ludziach uczucie polskości? Praca Rybickiej dobrze wpisuje się w słowa Bismarcka wypowiedziane do przywódców HAKATY: "Odbierzcie Polakom ziemię i historię, a przestaną być Narodem" (por. tamże).
Rektor UJ prof. dr hab. F. Ziejka groził skierowaniem do sądu sprawy artykułu "Wprost". Boję się jednak, że ostatecznie sprawca tych pomówień pozostał bezkarny, jak na ogół się działo w przypadku osób szkalujących polskość i Polaków.

Prof. Jerzy Robert Nowak